Górnik Zabrze: ERNEST POHL – WCZORAJ SKOŃCZYŁBY 85 LAT

Autor
Zaktualizowany: Listopad 4, 2017

Ernest Pohl był typowym Ślązakiem. Wszyscy wiedzą, że to wspaniały piłkarz o nienagannej technice i mocnym strzale. Ale przede wszystkim dobry człowiek  o silnym charakterze. Pohl urodził się w Rudzie Śląskiej w 1932 roku, jednak po wojnie stał się …Ernestem Polem, no cóż, ówcześni urzędnicy nie pytali się zainteresowanego o zdanie, po prostu tak wówczas walczono z tzw. „ukrytą opcją niemiecką” na Śląsku. Dopiero w 1990 roku mógł wrócić do oryginalnego rodowego nazwiska. Ale wtedy już mieszkał w Niemczech.

Do woja marsz, do woja….
Karierę piłkarską rozpoczął jak wszyscy w tamtym okresie – na śląskich podwórkach. Od początku się wyróżniał. W chwili zakończenia wojny miał dopiero 13 lat, a to sprawiło, że na szczęście nie należał do pokolenia, któremu okres okupacji zabrał najlepsze lata dla piłkarskiego rozwoju. Już w 1945 roku trafił do  Slavii Ruda Śląska, gdzie grał do 1952 roku. Wówczas upomniało się o niego wojsko. Wtedy trafił do resortowego Orła Łódź. Jednak był zbyt dobry, aby grać w prowincjonalnym klubie. Rok później został przeniesiony do jednostki pod nazwą CWKS Warszawa. Tam poprzez przymusowy pobór budowano zespół, który przez lata miał być najlepszy w kraju. Faktycznie, CWKS (Legia) w sezonie 1955 i 1956 zdobył tytuł mistrzowski.  W 1956 roku Pohl jako piłkarz Legii, strzelił pięć bramek Wiśle Kraków, która poniosła klęskę 0:12. Co ciekawe, najlepsi gracze tamtego zespołu pochodzili …ze Śląska. W 1956 roku Pol rozegrał trzy spotkania przeciw klubowi, z którym związał swoją późniejszą karierę – zabrzańskiemu Górnikowi. W lidze strzelił zabrzanom dwa gole (1:3 w stolicy i 3:2 przy Roosevelta), jednak w przegranym 0:3 finale Pucharu Polski nie udało mu się pokonać bramkarza Machnika.

Do cywila
W końcu 1956 roku zmieniła się w kraju sytuacja polityczna i pewnie było to jednym z powodów, że nadarzyła się okazja zwolnienia do „cywila”.  Górnik Zabrze w debiutanckim sezonie ligowym 1956 zajął dobre szóste miejsce i działacze klubowi postanowili wzmocnić zespół, aby w 1957 roku walczyć o najwyższe cele. W ten sposób Pohl i Kowal – dwaj rodowici Ślązacy znaleźli sie w Zabrzu. Miał trafić trzeci – pochodzący z Nowego Bytomia Lucjan Brychczy, ale generałowie postawili twarde veto. W ten sposób Pohl wraz z Kowalem zameldowali się w Zabrzu z odcinkiem zwolnienia i nastąpiła uroczysta chwila podpisania zgłoszenia do Górnika. Jeszcze przedtem obaj piłkarze zgłosili się w nowym miejscu pracy – na kopalni „Concordia”, gdzie załatwiali wszystkie formalności związane z rozpoczęciem pracy. Za przejście do Górnika Pohl otrzymał  podobno mieszkanie, luksusowy na owe czasy samochód osobowy oraz… skrzynkę pomarańczy, towaru wtedy wielce deficytowego.
O ironio! Pierwszym przeciwnikiem zabrzan w sezonie 1957 był właśnie zespół ze stolicy. Pohl gola nie strzelił, ale Górnik wygrał 2:1.

Trafiona inwestycja
Jednak pierwsze spotkanie w barwach Górnika rozegrał Pohl nieco wcześniej, jeszcze podczas przygotowań do sezonu. Wówczas strzeli trzy gole Kolejarzowi Czechowice – pozostałe dziewięć zdobyli koledzy. Górnik zmontował faktycznie mocny skład i zdobył w 1957 roku pierwszy mistrzowski tytuł, a Pohl 11 razy trafiał do bramki rywali, dorzucając jeszcze 5 goli w Pucharze Polski. To była opłacalna inwestycja! Ten tytuł był zasługą Zsoltana Opaty, węgierskiego szkoleniowca, który żelazną ręka prowadził Górnika. Jego ofiarą niespodziewanie stał się… Pohl! Po prostu, jak niesie wieść, trener trafił kiedyś na „wyskokową” biesiadę Pohla i Kowala w Bobrku, a że było to dzień przed meczem, nie zawahał się zawiesić obu imprezowiczów!

Nie pojechał na Mistrzostwa Świata
Ernest Pohl zadebiutował z narodowym zespole w 1955 roku w zremisowanym 2:2 meczu z Rumunią w Bukareszcie. Od tej pory stał się etatowym reprezentantem. Jednak zabrakło go w najważniejszych meczach reprezentacji w 1957 roku. Co prawda był zawieszony przez klub o czym wyżej, ale jednak w tym czasie zagrał z Finlandią! Być może było to po części spowodowane zbyt dużą rotacją na stanowisku trenera reprezentacji? Nie zagrał w obrosłym legendą, zwycięskim 2:1 spotkaniu z ZSRR w Chorzowie… Zdecydowanie zabrakło go w trzecim, decydującym spotkaniu z tym rywalem, rozgrywanym na neutralnym terenie w Lipsku. Stawką tego meczu był udział w Mistrzostwach Świata rozgrywanych w roku następnym w Szwecji… Porażka 0:2 rozwiała nadzieje biało-czerwonych.  
Jednak kolejni szkoleniowcy stawiali na niego. W 1960 roku reprezentacja po raz czwarty w historii pojechała na Igrzyska Olimpijskie, tym razem do Rzymu. To nie był szczęśliwy turniej. Przypadkowe kontuzje piłkarzy i trenera trochę podłamały zespół, który jednak w pierwszym meczu ograł Tunezję. Przeciwnik co prawda w tamtym czasie egzotyczny i nasi piłkarze bez trudu wygrali aż 6:1, ale aż pięć goli było zasługą Ernesta Pohla! Jednak Argentyna i Dania okazały się za silne i Polacy zakończyli swój udział w imprezie.

Czy piwo szkodzi?
Reprezentacja Polski w tamtym okresie grała w kratkę, ale zdarzały się też spektakularne sukcesy. Mecz rozegrany w 1960 roku, zapadł w pamięci kibiców. „Bomba, która wstrząsnęła Szkocją” – tak pisała prasa polska i brytyjska o strzale Pohla, który dał naszym piłkarzom zwycięstwo w Glasgow 3:2. AS Roma i Real Madryt dawały wielkie pieniądze za piłkarza, lecz w tamtych czasach taki transfer nie był możliwy. Rok później snajper zaaplikował trzy efektowne gole Duńczykom, a dzięki jego jedynej zwycięskiej bramce zrewanżowaliśmy się w 1961 roku ekipie ZSRR. Jednak w karierze piłkarza nastąpił kolejny „przymusowy” rozbrat z reprezentacją.  Po meczu z Czechosłowacją w Bratysławie piłkarz zamówił sobie piwo do obiadu, co nie spodobało się trenerowi kadry Ryszardowi Koncewiczowi. Szkoleniowiec kazał mu odstawić piwo, na co Pohl zareagował jedynie ironicznym uśmieszkiem. Skończyło się na trzymiesięcznej dyskwalifikacji piłkarza, choć byli tacy, którzy żądali nawet kary dożywotniego zakazu gry w reprezentacji. Piłkarz tłumaczył: pochodzę z górniczej rodziny i do picia piwa jestem przyzwyczajony. Jednak po okresie dyskwalifikacji Pohl w dalszym ciągu był pomijany przez trenera Koncewicza przy powołaniach, mimo że wciąż był najlepszym piłkarzem ligi na swojej pozycji. Najwyraźniej osobiste urazy wzięły górę, a licznik występów Pohla w kadrze zatrzymał się na czterdziestu sześciu… Jednak bilans strzelecki był imponujący – 39 trafień!. Prawie jedno ma mecz!

Zabrzański bombardier
W Zabrzu za to co rok – sukces – mistrzostwa, Puchar Polski. Co prawda przykleiła się do niego łatka imprezowicza, człowieka, który mógłby demoralizująco wpływać na młodych piłkarzy. Podobno liderował Górnikowi nie tylko na boisku, ale i poza nim, również w czasie licznych zakrapianych  spotkań. Zarzucano mu prowadzenie się niegodne sportowca. Zakochani w nim fani mieli tylko jeden, ale za to konkretny kontrargument: „Ernest pije, ale Ernest gro” . I to jak!  Nie była to czcza gadanina. 186 ligowych goli o czymś świadczy! 12 maja 1962 roku Górnik pokonał Cracovię a Pohl był autorem sześciu z nich, ustanawiając aktualny do dzisiaj klubowy rekord! Strzelał gole w lidze, dał się we znaki także goalkeeperom tych zespołów, którzy mierzyli się z Górnikami w europejskich pucharach. Trafiał do bramki Tottenhamu, wiedeńskiej Austrii, Dukli Praga czy CSKA Sofia. Nie wszystkie mecze były zwycięskie, ale Górnik godnie reprezentował Polskę w Europie .  A po drodze we wrześniu 1963 roku w ligowym spotkaniu z Unią Racibórz zdobył w barwach zabrzan setnego gola! W 1959, 1961 i 1964 roku został wybrany „Piłkarzem Roku”. A w 1959 i 1961 roku został królem ligowych strzelców! O charakterze piłkarza może świadczyć takie wydarzenie:    W marcu 1961 roku podczas meczu z Zawiszą, piłkarz rozciął sobie nogę i trzeba było założyć kilka szwów. Przed następnym spotkaniem z Legią w Zabrzu sytuacja kadrowa była niewesoła. Z powodu chorób i kontuzji atak Górnika znalazł sie w rozsypce. Wtedy posłano po Pohla karetkę, która z domu przywiozła go na stadion. Przez pierwszą połowę miał tylko straszyć rywala swoją obecnością na boisku, ale kiedy w przerwie zauważył, że szwy i tak puściły, założył nakolanniki i zaczął grać. Legia poległa 5:1 a cztery trafienia zanotował Pohl. Jeśli ktoś myśli, że nie zagrał za 6 dni w następnym meczu, bardzo by się pomylił. O tym, że strzelił gola, nawet nie wspominam!

Ojciec chrzestny
21 kwietnia 1963 roku w zespole Górnika zadebiutował młodziutki Włodzimierz Lubański. Był młodszy od Pohla o 15 lat. Nic dziwnego, że to właśnie Pan Ernest otoczył młodzieńca wręcz ojcowska opieką. Nigdy nie dał mu odczuć, że to on jest tutaj numerem 1. Doskonale wiedział, że ten chłopak już niedługo może zostać jego godnym następcą, co mogło tylko przynieść dalsze sukcesy Górnikowi. Na boisku grali obok siebie, od początku doskonale się rozumieli, co przełożyło sie na wzrost ilości goli, które zabrzanie aplikowali swoim przeciwnikom. Pohl – można powiedzieć, pełnił obowiązki „ojca chrzestnego”, który wprowadzał piłkarzy do zespołu. Jak to wspominał Lubański: na zgrupowaniu w Jeleniej Górze zjawił sie w naszym pokoju Pohl i mówi: – No, chłopcy, dzisiaj macie szansę. My będziemy czekać w pokoju a wy (był jeszcze młody Waldemar Słomiany) macie godzinę czasu by pójść i coś kupić. Poszliśmy z Waldkiem do miasta i przynieśliśmy kilka butelek wódki i wina. Kiedy stawiliśmy butelki na stole, mina Ernesta zdradzała coraz większe zadowolenie. Wprowadzał do zespołu także innego wielkiego piłkarza – Zygfryda Szołtysika. Jak wieść niesie podczas pierwszego treningu w Zabrzu, Szołtysik został uznany za…jego nieletniego syna i potraktowano go jako maskotkę drużyny!         

Legenda
Był taki mecz w 1965 roku. W finale Pucharu Polski Górnik miał zmierzyć sie z rewelacją rozgrywek – zespołem Czarnych Żagań. Piłkarzy Czarnych zjadła trema. Zaszkodził im cały ten zgiełk. Na boisku po prostu nie istnieli. W pierwszej połowie tylko trzykrotnie przekroczyli linię środkową boiska Musieli przegrać, niewiadomą był tylko rozmiar porażki . Pierwszego gola zdobył  Pohl z rzutu karnego, drugiego – potężnym strzałem zza linii pola karnego, a kiedy w 34 minucie po raz trzeci trafił do siatki rywali i podbiegli do niego koledzy z zespołu z gratulacjami, on powoli szedł w stronę swojej bramki, a jego spokojne gesty kierowane w stronę kolegów z drużyny były wyraźne: Dawał swojej drużynie dyskretny znak dłońmi: – Spokój! Pohamowywał swoich partnerów przed obnoszeniem się z tryumfem i dalszym bezlitosnym wykorzystaniem swojej przewag, nie chciał poniżać słabszego i bezradnego przeciwnika. Widać było mir jakim się cieszył wśród partnerów. Sam decydował – nawet nie rzucił okiem w stronę trenerskiej ławki. W drugiej odsłonie nie było już żadnego szturmu, raczej pozorowanie gry – piłka krążyła na jednej połowie, jednak do strzałów na bramkę dochodziło sporadycznie. Bezsilność piłkarzy Czarnych nadal była widoczna, ale finał kończył się honorowym 4:0, a nie jakimś wielkim pogromem. Na coś takiego stać było tylko naprawdę wielkiego sportowca…

Ernest Pohl zakończył swoją piłkarską przygodę w ostatnim meczu sezonu 1966/67, przy okazji zdobywając ósmy tytuł Mistrza Polski z zabrzańskim Górnikiem. Dodawszy do tego te dwa tytuły zdobyte z Legią daje to bilans, którego – jestem pewien, nikt nigdy nie pobije. Zdobył 186 goli w lidze – ten rekord pewnie też nie zostanie pobity.  W sumie podczas gry w Legii, Górniku i reprezentacji Ernest Pohl 265 razy trafiał do bramki rywali!  Po zakończeniu kariery w polskiej lidze, Pohl grał już tylko krótko w dwóch polonijnych klubach za oceanem. Po powrocie do kraju związał się znowu z Górnikiem w charakterze asystenta trenera. Pomagał m.in. Janowi Kowalskiemu czy Teodorowi Wieczorkowi, jednak wielkiej kariery trenerskiej  nie zrobił. Po odejściu z klubu pracował jakiś czas “na dole”, później przeszedł na rentę górniczą. Tuż na początku lat 90-tych, kiedy w Polsce zmieniła sie sytuacja polityczna, podobnie jak tysiące Ślązaków, Ernest Pohl skorzystał z okazji i wyjechał wraz z rodziną do RFN. Umarł w 1995 roku w Hausach koło Freiburga. W historii Górnika było wielu wybitnych piłkarzy. Ale czy może być  godniejszy patron naszego stadionu?

Marek Dziechciarz

Foto: Archiwum Górnika Zabrze

Źródło: Strona Klubowa Górnika Zabrze

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

CLOSE
CLOSE