Michał Adamuszek: Górnik to poukładany klub

Autor
Zaktualizowany: Grudzień 1, 2015
SPORT

We Wrocławiu się starano, ale nie wyszło. W Mielcu tylko nas zwodzili. W Zabrzu liczę w końcu na stabilizację – mówi nowy rozgrywający Górnika, dla którego to trzeci klub w tym roku.

MARIUSZ POLAK: W lutym, przychodząc do Śląska, stwierdził pan, że do transferu przekonał pana jasno określony cel klubu. Co się stało w kilka miesięcy, że dziś jest pan już w Zabrzu?
MICHAŁ ADAMUSZEK: – Życie potrafi zaskakiwać i nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć. We Wrocławiu mieliśmy się utrzymać w superlidze. Od tego miały zależeć nasze dalsze losy. Zadanie zostało wykonane i latem miał być wdrożony drugi etap planu. Miała zostać stworzona drużyna, która z powodzeniem powalczy o kolejne sezony w elicie. Niestety, pojawiły się problemy organizacyjne i powoli wszystko zaczęło się sypać. Jako pierwsi odeszli gracze z Bałkanów (Igor Żabić, Janja Vojvodić i Djordje Golubović – przyp. red.). Widząc co się dzieje, i mając ofertę z Zabrza, również zdecydowałem się na odejście.
W poprzednim sezonie w podobnych okolicznościach przeszedł pan ze Stali do Wrocławia. Jak się okazało, wpadł pan z deszczu pod rynnę…
MICHAŁ ADAMUSZEK: – Można tak powiedzieć, choć we Wrocławiu to jeszcze było w miarę dobrze. Tam przynajmniej ktoś się starał i – przynajmniej jeżeli chodzi o mnie – próbował wywiązywać z umowy. W Mielcu sytuacja była nie do zaakceptowania. Cały czas nas zwodzono, więc i tak długo wytrzymaliśmy. Do tej pory nie odzyskałem wszystkich pieniędzy. Trochę mnie też kosztowali prawnicy, którzy walczą o resztę zadłużenia. A z tego, co wiem, jeszcze z dziesięciu kolegów stoi w kolejce po swoje zaległości.
Nauczony doświadczeniem pewnie dużo wypytywał pan zatem o sytuację w Zabrzu?
MICHAŁ ADAMUSZEK: – Za dużo nie musiałem. Od kiedy w superlidze pojawił się Górnik, w środowisku mówi się, że to poukładany klub, dobrze zarządzany i jako jeden z niewielu niemający problemów z finansami. Jedynym w tej chwili problemem są kontuzje, które dopadły zespół. Myślę jednak, że szybko z tym sobie poradzimy, za moment będzie przerwa w rozgrywkach i w lutym wrócimy mocniejsi.
Przychodzi pan, by ratować sytuację na lewym rozegraniu. Wszystkie oczy będą zwrócone więc na pana. Poradzi pan sobie z taką presją?
MICHAŁ ADAMUSZEK: – Jestem dobrej myśli. W Górniku jest wielu graczy, którzy potrafią grać w handball. Los sprawił, że zespół przeżywa trudne chwile. Gdyby nie te kontuzje, punktów z pewnością byłoby znacznie więcej. Najważniejsze to powalczyć o jak najwięcej oczek jeszcze w tym roku, by wrócić do ósemki. Później będzie przerwa, która powinna dobrze nam zrobić. Koledzy się wyleczą, ja lepiej poznam zespół, bo zawsze trzeba chwili na wkomponowanie się w nowe otoczenie i później powalczymy o jak najwyższe miejsce przed play offem.
Z aklimatyzacją nie powinno być chyba problemów. Grał pan m.in. z Rafałem Glińskim, Andrzejem Kryńskim czy Maciejem Ścigajem…
MICHAŁ ADAMUSZEK: – Innych zawodników Górnika też znam, bo od lat spotykamy się na parkiecie. W każdym klubie jest jednak inna taktyka, inna filozofia gry i trzeba trochę czasu, aby odnaleźć się w nowych warunkach. Ale skoro z niektórymi już grałem, to faktycznie powinno być nieco łatwiej się wpasować.
Miał pan krótki epizod w Vive Kielce. Oprócz sparingu z Barceloną, niewiele może pan opowiedzieć. Co się stało?
MICHAŁ ADAMUSZEK: – To był moment, kiedy klub rozmawiał w sprawie pozyskania z TuS Luebbecke Michała Jureckiego. Rozmowy utknęły w martwym punkcie i trener Bogdan Wenta sięgnął po mnie. Chwilę przed startem ligi okazało się, że Michał jednak przyjdzie do Kielc i wtedy usłyszałem, że postawią na niego, a mnie zostaną ogony, po 5-10 minut. By się rozwijać, trzeba grać. Dlatego, choć to było Vive, nie chciałem siedzieć na ławce. Wróciłem więc do Kwidzyna. Później okazało się, że Michał złapał kontuzję, ale nie ma już co gdybać. Z perspektywy czasu uważam to za dobry ruch. W Kwidzynie grałem regularnie, zdobywaliśmy medale, rozwijałem się. Teraz w Zabrzu, po ostatnich burzliwych dwóch latach, liczę w końcu na stabilizację.
Autor: Mariusz Polak

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

CLOSE
CLOSE