– Słuchajcie apeli władz, działajcie zgodnie z nimi. Abyśmy mogli wrócić do wszystkiego, co kochamy – apeluje Martin Galia

Autor
Zaktualizowany: 18 marca, 2020

Epidemia COVID-19 wywołana koronawirusem rozprzestrzeniła się po całej Europie. Jednym z krajów, który najbardziej restrykcyjnie podszedł do choroby są Czechy. Władze naszego południowego sąsiada zamknęły praktycznie wszystkie sklepy (poza sklepami spożywczymi, aptekami i drogeriami), uszczelniły granice, nakazały izolację w domach, zamknęły szkoły, kina, muzea. O faktyczną sytuację, a także o zdanie w aspektach sportowych poprosiliśmy Martina Galię, bramkarza NMC Górnika Zabrze i reprezentacji Czech.

Jak podaje Medexpress, niedzielny stan wyjątkowy ogłoszony w Czechach  zezwala na opuszczanie miejsca zamieszkania tylko w razie najwyższej konieczności: dojazdu do pracy, wizyty u lekarza, zakupów spożywczych, wyprowadzania psa lub koniecznej wizyty rodzinnej. Prawnie usankcjonowano również dwumetrowy odstęp między osobami w miejscach publicznych. Wszystkie te restrykcje potwierdza “Galicz”: – Na ten moment  (17 marca, godziny południowe – przyp. red.) mamy potwierdzonych ponad 380 przypadków, w tym trzy osoby są w stanie poważnym. Na szczęście nikt nie umarł – relacjonuje ceniony golkiper. – Napięcie w całym kraju rośnie, my też odczuwamy je, oglądamy telewizję i czytamy kolejne informacje. Ufamy jednak, że ta kwarantanna nie potrwa za długo. Na szczęście nasza cała rodzina czuje się dobrze i nie ma objawów choroby.

Rodzina Galia musiała zaakceptować nowe warunki: – Tylko jedna osoba z rodziny może iść na zakupy, na twarzy ma maskę – opowiada Martin. – W zeszłym tygodniu półki zostały praktycznie wyczyszczone z wszystkich produktów żywnościowych. Na szczęście teraz wszystko wraca do normy i towary już są w sklepach – opowiada o doskonale znanym nam z minionego tygodnia scenariuszu. – Dzieci uczą się z domu, dostają zadania przez internet. 

Ale z typowo czeskim optymizmem “Galicz” mówi: – Mamy wreszcie trochę czasu dla siebie, jesteśmy całą rodziną. A codzienne obowiązki, praca, treningi, mecze, szkoła nam to utrudniały – uśmiecha się. – Mamy czas popracować w ogrodzie, zająć się domem. Ale nie zapominamy też o sporcie. Raz, czasem dwa razy dziennie trenujemy z żoną i synem, jeździmy też na rowerkach stacjonarnych. 

Trudno jednak nie uciec od pytania o dalszy bieg rywalizacji na parkietach. – Chyba nie ma wątpliwości, że to raczej koniec sezonu. Zwłaszcza, że terminarz jest napięty, a są jeszcze zaległe spotkania rozgrywek europejskich. Chyba w najbardziej optymistycznym scenariuszu przewiduję, że dogralibyśmy dwa brakujące spotkanie sezonu zasadniczego i na tym koniec, bo trudno znaleźć czas na rundę finałową. Tym bardziej, że są zawodnicy, którym kontrakty kończą się pod koniec maja czy czerwca  – ocenia Martin Galia. – Wtedy byłoby sprawiedliwie i oceniona byłaby forma ostatnich ośmiu miesięcy. No, może tym razem nikt nie powinien spaść z ligi. Ale to wszystko decyzja zarządu Superligi.

Nie sport jednak zaprząta najbardziej głowę Galicza. – Chciałbym zaapelować do wszystkich: słuchajcie apeli władz, działajcie zgodnie z nimi, nie wychodźcie z domu, jeśli nie musicie, obserwujcie stan swojego zdrowia i dbajcie o bliskich. Aby to wszystko się wreszcie skończyło i abyśmy wreszcie mogli wrócić do wszystkiego, co kochamy – podsumowuje jeden z najlepszych polskich bramkarzy. 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.