SPORTOWE FAKTY. Ligowe prześwietlenie (7): jak dobrze, że są Górnik i Trtik

Autor
Zaktualizowany: Październik 16, 2018
PGNiG Superliga bez Górnika Zabrze i Rastislava Trtika byłaby smutna i przewidywalna jak poniedziałkowy poranek. Banda pociesznego Czecha ciągle zaskakuje i urozmaica rozgrywki. W ciągu 1,5 tygodnia skompletowała dublet dostępny tylko dla PGE VIVE.

– Wiecie, kim są Czesi? To śmiejące się bestie! – pisał Bohumil Hrabal w „Pociągach pod specjalnym nadzorem”. Rastislav Trtik nie rozdaje uśmiechów na lewo i prawo, ale wprowadza na polskie parkiety masę pozytywnej energii. Jak wygrywa, to z fajerwerkami. Jak przegrywa, to z grzmotami. W złości obsztorcuje zawodników tak, że uszy puchną. Innym razem sypnie błyskotliwym żarcikiem. U niego nie ma bylejakości.
Spotkania Górnika przeważnie aż chce się oglądać. Taktyczna szermierka, ogromne zaangażowanie, potęgowane przez Czecha szalejącego przy linii. Czasem przydarzy się jakiś gniot jak występ w Kielcach czy zwycięski, bo zwycięski, ale niestrawny mecz w Płocku. Na ogół zabrzanie – chcąc nie chcąc – dbają jednak o widowisko.

Tak jak z Azotami Puławy. Sam Trtik skwitował: – Mecz był fantastyczny, bardzo mi się podobał.

Górnicy wyzwolili w sobie tyle energii, że doprowadzili parkiet do czerwoności. W obronie harcowali jak króliczki w znanej reklamie baterii. Niby nic wielkiego, cała Europa gra wysuniętą defensywą, ale Rafał Gliński czy Iso Sluijters chyba nigdy nie pracowali na takich obrotach, a przecież ten pierwszy przez wiele sezonów zasuwał jako „przeszkadzacz”. Kolejny raz Trtik poszedł na całość, 7 na 6 w ataku i wycofany bramkarz. W Płocku udało się pomimo nieporozumień, przed Azotami Górnicy doszlifowali nowe ustawienie i sprezentowali bardzo mało łatwych bramek. Do perfekcji doprowadzili za to dogrania do koła. Pojawiała się przestrzeń, cyk, podanie do Marka Daćki bądź Jurija Gromyki.

Żeby nie było, Azotom też nie można wiele zarzucić pod względem zaangażowania. Odbijali się od Mateusza Korneckiego, może za bardzo zaufali rozgrywającym, wdzierali się środkiem albo szukali rzutów z daleka, a skrzydłowi – z wyjątkiem Jerko Matulicia – bezużytecznie tkwili w narożniku. Na moment zabrzan zaczarował Wadim Bogdanow, ale różnica 2-3 bramek utrzymywała się bodaj przez 20 minut po przerwie i Górnik odniósł drugie zasłużone zwycięstwo nad mocarzem Superligi.

Nie minęło nawet 1,5 roku pracy, a Czech ma na rozkładzie Azoty i Wisłę (po dwa razy). Do skompletowania „polskiego szlema” zostało tylko PGE VIVE Kielce. Zapewne to się nie zmieni, bo mistrzowie Polski to wspinaczka na Himalaje piłki ręcznej. Górnik i Trtik nawet nie myślą o takich sprawach, interesuje ich półfinał, który kilka miesięcy temu pechowo przeszedł im obok nosa. Wypadli bramkarze, cały dorobek i nieskazitelny wizerunek diabli wzięli. Dlatego samych zabrzan – nauczonych doświadczeniem – niespecjalnie grzeją takie sukcesy. Pewnie, zawsze to przyjemnie utrzeć nosa tym większym, bogatszym. Trtik na pewno zadba o to, by zespół nie błądził myślami w chmurach. Na prawdziwą radość przyjdzie czas w maju.

A z kibicowskiego punktu widzenia ważne, że ktoś próbuje ruszyć skostniałą i pozornie elitarną czołówkę.

 

TEKST MOŻNA PRZECZYTAĆ TUTAJ: https://sportowefakty.wp.pl/pilka-reczna/782959/ligowe-przeswietlenie-7-jak-dobrze-ze-jest-gornik-i-trtik

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.