Szkoda mi żony… – obszerna rozmowa z Saszą Buszkowem

Autor
Zaktualizowany: Listopad 8, 2017

Saszy Buszkowa w tym roku nie ujrzymy już na ligowych parkietach. Najbardziej doświadczony dziś zawodnik naszego klubu ponad tydzień temu doznał poważnej kontuzji złamania obojczyka. Białorusin przeszedł operację i… siedzi w domu, czekając na ściągnięcie szwów. W akcji zobaczymy go najprędzej w styczniu.

– W meczach o punkty nic się nie stało. Tymczasem trening okazał się dla ciebie pechowy.
– Tak w sporcie bywa. Podobnych sytuacji na zajęciach są dziesiątki. Przechwyt piłki, atak, zderzenie… Zwykle nic się nie dzieje. Tym razem dostałem z tyłu i obojczyk nie wytrzymał. Przypadek. Od razu z „maserem” zdiagnozowaliśmy problem. Szczerze? Mogło być gorzej. Przede wszystkim to nie jest uraz ręki, którą rzucam. I nie zerwałem więzadła, a było takie ryzyko.

– Wynika to także z tego, że na zajęciach pracujecie mocniej niż wcześniej?
– Tego bym nie łączył. Treningi faktycznie są intensywne, ale to był czysty przypadek.

– Handball jest mocno urazowy. Masz 35 lat. Wymień twoją „kolekcję” kontuzji?
– Wcale nie miałem ich tak dużo. Może dlatego, że szybko biegam i raczej zdążę uciec przed atakiem (śmiech). Mówiąc poważnie, rok temu mniej więcej o tej samej porze naderwałem mięsień w lewym barku. Poza tym raz złamałem rękę i cztery razy nos. Złamanie wydarzyło się w lesie, choć na zgrupowaniu z klubem. A nos? Może mam za duży, że tak często w niego obrywałem. To wszystko wydarzyło się jeszcze podczas gry na Białorusi, czyli dawno. Teraz doszedł do tego obojczyk.

– Co cię czeka?
– Około 15 listopada będę miał ściągane szwy, a 6-8 tygodni po zabiegu zacznę rehabilitację. Do tego czasu kość musi się zrosnąć. Dodam, że mam wstawioną specjalną blaszkę i pięć śrub, które trzymają rękę. Zostaną we mnie na dwa lata. Teraz jest najgorszy okres. Ręka po zabiegu jeszcze rwie, ból jest czasami bardzo silny, nic nie można robić. Nikt tego nie lubi. Zacznie się rehabilitacja, będzie „z górki”.

– To na bramkach lotniskowych będzie problem…
– Raczej nie latam samolotami, wolę jazdę samochodem. Ale faktycznie, sygnał pewnie jakiś bym usłyszał.

– W domu żona też nie ma z ciebie pożytku?
– To prawda. Mówi nawet, że ma teraz trójkę dzieciaków pod opieką. Szkoda mi żony. Odwdzięczę się, jak dojdę do siebie. W czasie świąt jedziemy na narty do Austrii. Z tym, że żona będzie jeździć, a ja w tym czasie zaopiekuję się chłopakami.

– Wspomniałeś kiedyś, że starszy Jarik uwielbia grać w hokej.
– Jak jest u dziadków. Na Białorusi to bardzo popularny sport. W telewizji ogląda non-stop, potem ciągnie dziadka na lód, nawet chce grać w domu. W Zabrzu jest z tym problem, ale na pewno się nie nudzi. Gra w piłkę w Akademii Górnika, pływa, a w poniedziałek był na pierwszym treningu piłki ręcznej.

– Trzeba więc tę datę zapamiętać!
– Czekam aż wróci i opowie, jak mu się podobało. Piłka na początku go tak nie kręciła, ostatnio jest znacznie lepiej. Może ręczna też go wciągnie. Fajnie, że w wieku 6 lat są już zajęcia. Oczywiście bardziej w formie zabawy, ale przed laty było to nie do pomyślenia. Jak zostanie zawodnikiem, to faktycznie będzie mógł powiedzieć, że zaczął grać 6 listopada 2017 roku w Zabrzu.

– Wróćmy do twojego urazu. Szukając czegoś pozytywnego, można powiedzieć, że skoro miało się to stać, to lepiej teraz.
– Nigdy nie jest dobry moment. Wygrywaliśmy, dobrze nam szło, sam też grałem ostatnio przyzwoicie, ale… Niech będzie. Decydujące mecze rozegramy w przyszłym roku. Myślę o ostatniej fazie sezonu zasadniczego i fazie play off. Wtedy wszystkie ręce będą potrzebne. Rzecz w tym, że od 12 listopada do 13 grudnia gramy siedem meczów. To „końska” dawka. Im więcej zdrowych zawodników do gry, tym lepiej.

– Po takim początku sezonu chyba macie prawo czuć się mocno.
– Myślę, że nasze dobre wyniki nie są dziełem przypadku. Mamy dobry skład, dobrego trenera, jesteśmy dobrze przygotowani fizycznie i taktycznie. Ale trzeba cały czas się rozwijać, iść do przodu. Co było dobre miesiąc temu, za miesiąc może nie wystarczyć. Rywale też pracują i obserwują naszą grę.

– Cel na tę fazę?
– Jeden. Utrzymać drugie miejsce w grupie za Kielcami. Moim zdaniem realny, choć cały czas trzeba uważać na Kwidzyn. To nasz najpoważniejszy rywal w grupie.

– Mając 35 lat można się jeszcze czegoś nauczyć?
– Zawsze. Ręczna to gra zespołowa. Klucz do sukcesu to zgranie, powtarzalność, umiejętność rozegrania wielu schematów oraz dodanie do tego jakości sportowej i fantazji. Na przykład, pierwszy raz w karierze gram taką obroną, jaką wymyślił nam trener Trtik. Trzeba się tego nauczyć.

– W jakim elemencie gry zrobiliście w ostatnich miesiącach największy postęp?
– W grze w ataku. Wcześniej zbyt często była w niej fantazja, oddawaliśmy nieprzygotowane rzuty, w myśl zasady „jakoś to będzie”. Teraz każdy atak ma być przygotowany i rozegrany zgodnie z założeniami.

– Skoro ciebie zabraknie, to…
– To zagra młodzież. Życie nie znosi pustki. Patryk Gluch gra coraz częściej i ma „papiery” na dobrego zawodnika. Jest też Wojtek Matuszak, który potrzebuje minut, rzutów… Nic tak nie rozwija jak gra. Na moim pechu skorzystają koledzy. Tak w życiu jest. Trzymam za nich kciuki, ale obiecuję, że jak dojdę do siebie, to powalczę o to, by być pierwszym wyborem na prawym skrzydle.

– Ostatnio widzieliśmy cię przy Roosevelta na meczu Górnika z Koroną?
– Byłem z Jurijem Gromyko i chłopakami. Tej jesieni zaliczyłem więcej meczów niż przed siedem wcześniejszych lat. Świetnie się to ogląda, atmosfera jest fantastyczna. W Zabrzu ludzie generalnie świetnie reagują na sport. Przecież u nas też jest kapitalna atmosfera. Wracając do piłkarzy Górnika, wciągnęło mnie to. Mecz z Lechem oglądałem w telewizji, staram się niczego nie przegapić.

Rozmawiał Dariusz Czernik

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

CLOSE
CLOSE